Minimalna większość Partii Republikańskiej w Izbie Reprezentantów przekształciła spikera Mike'a Johnsona (R-LA) w opiekuna, a nie w charyzmatycznego lidera, ponieważ musi ostrożnie lawirować pomiędzy swoim podzielonym klubem, nie mogąc zdyscyplinować zbuntowanych członków bez ryzykowania głosów, których desperacko potrzebuje, według analizy.
Skandal seksualny i związany ze śmiercią wokół kongresmana Tony'ego Gonzalesa (R-TX) podkreśla słabość Johnsona. Pomimo wezwań z jego własnej partii do ustąpienia Gonzalesa, Johnson utrzymuje dystans wobec kontrowersji, ograniczony matematyczną rzeczywistością, że nie może stracić ani jednego głosu, według MS NOW.
Ta niepewna pozycja stworzyła znaczną przewagę dla zbuntowanych Republikanów. Jeden z Republikanów z Izby wyjaśnił tę dynamikę: "To gra liczb i przegrywamy tę bitwę. Każdy, kto choćby rozważa odejście w tej chwili, mógłby wykorzystać to jako niesamowity atut przetargowy."
Pytany o Gonzalesa, Johnson udzielił ostrożnej odpowiedzi: "Poparłem Tony'ego, zanim pojawiły się wszystkie te zarzuty. Są oczywiście bardzo poważne i rozmawiałem z nim, mówiąc mu, że musi się z tym odpowiednio uporać wobec swoich wyborców i tego wszystkiego. Jest więc za wcześnie, by ktokolwiek mógł to przesądzać, ale zobaczymy, jak się to rozwinie."
Kongresmen Thomas Massie (R-KY), często w sporze zarówno z Johnsonem, jak i Donaldem Trumpem, podkreślił konsekwencje: "Nie mogą stracić ani jednego głosu, więc członkowie wydają się teraz niemal nietykalni."
Demokraci zauważyli ograniczenia Johnsona. Kongresmen Sean Casten (D-IL) zauważył, że Johnson musi zatrzymać członków oskarżonych o poważne wykroczenia, aby utrzymać większość, w tym "jedną osobę oskarżoną o przemoc domową o nazwisku Cory Mills oraz innego faceta oskarżonego o masowe molestowanie seksualne o nazwisku Tony Gonzales."
Casten podsumował: "Jeśli to nie jest stwierdzenie o 119. Kongresie pod przywództwem Mike'a Johnsona, to nie wiem, co nim jest."
Więcej informacji można przeczytać tutaj.
