Według jednego historyka, prezydent Donald Trump sprawił, że jedna kluczowa część amerykańskiego społeczeństwa stała się nieistotna.
Trump wielokrotnie atakował amerykańskie instytucje, takie jak władza sądownicza i Kongres, w celu narzucenia swojej woli. Wzywał także do znacjonalizowania amerykańskiego systemu wyborczego, aby zapewnić "uczciwość" i wykorzystywał Departament Sprawiedliwości jako swoją prywatną kancelarię prawną do wszczynania dochodzeń przeciwko swoim politycznym wrogom.
Chociaż te ataki są same w sobie godne uwagi, historyk Jon Meacham argumentował w nowym odcinku podcastu "The Court of History", że Trump uczynił starą amerykańską maksymę "prawo jest królem" nieistotną.
Meacham argumentował, że Ojcowie Założyciele postrzegali prawo jako neutralnego arbitra w porównaniu z ówczesną religią, co wyjaśnia rozdział kościoła od państwa. Jednak druga administracja Trumpa "odwróciła" tę maksymę "do góry nogami", argumentował Meacham.
"Nie sądzę, żeby miała już jakiekolwiek znaczenie", powiedział Meacham.
Dodał, że Trump zamiast tego wykorzystuje prawo jako środek ucisku, podobnie jak robił to angielski monarcha w czasach rewolucji.
"To, o czym to świadczy w naszym obecnym momencie, to że odwróciliśmy to do góry nogami w Ameryce", argumentował Meacham. "Teraz wypróbowujemy, lub przynajmniej pewien procent z nas wypróbowuje, jak to jest mieć króla."

